środa, 5 lutego 2014

"Wycieczka z Ianem"-Coni

Był wieczór, ale jeszcze się nie ściemniało. Sprzątałam w stajni. Wczoraj odbyły  się te pechowe zawody. Jeszcze nie doszłam do siebie. Usłyszałam kroki i odwróciłam się. Był to Ian. Szedł w moim kierunku z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Hej Coni. Jak się czujesz? Wszystko ok?- widząc moją zdołowaną minę jego uśmiech znikł.
-Tak, wszystko w porządku...-odpowiedziałam.
-Muszę cię jakoś rozweselić- stwierdził wspaniałomyślnie. Jakbym nie wiedziała po co tu przyszedł.
-Co zamierzasz zrobić?- zapytałam. Ian znów się uśmiechnął i powiedział:
-Proponuję wycieczkę do lasu. Znam takie fajne miejsce.
-Co ty knujesz?- uśmiechnęłam się. Jak on to robi? Potrafi mnie tak szybko rozśmieszyć.
-Nic. Po prostu zabieram przyjaciółkę na wieczorną wycieczkę.
-Okej...-powiedziałam niepewnie.
-Świetnie. Konie są już przygotowane. Wiedziałam, że się zgodzisz. Chodź- powiedział. Wyszliśmy ze stajni i skierowaliśmy się ku Meridzie i Spartanowi. Wsiedliśmy na swoje konie i ruszyliśmy. Długo jechaliśmy ścieżką. Nagle Ian skręcił prosto w las. "Zaufam mu. Ufam Ianowi. Ufam Ianowi"- przekonywałam się w duchu. Skręciłam za nim. Dopiero wtedy zauważyłam, że na drzewach widnieją jakieś znaki. Takie jakby małe tarcze strzelnicze, przekreślone pionowo dwoma liniami. Ian widocznie kierował się właśnie tymi znakami, bo było widać, że doskonale zna drogę. Podążaliśmy tą drogą jeszcze dziesięć minut. Zaczynałam się niecierpliwić.
-Ian, daleko jeszcze?!- krzyknęłam.
-Już niedaleko! Jeszcze chwilę!- odkrzyknął. Po kolejnych pięciu minutach, zobaczyłam, że jakieś dziesięć metrów przed nami drzewa się przerzedzają,a po dwudziestu metrach w ogóle ich nie ma. Dotarliśmy na polanę. Zobaczyłam na samym jej środku wielkie, rozłożyste drzewo, po prawej stronie były skały, z których ściekał mały wodospad. Pod drzewem leżał powalony pień.
-I jak ci się podoba?- zapytał Ian.
-Pięknie-odpowiedziałam. Zsiedliśmy z koni. Usiedliśmy na nim, wcześniej przywiązując Meridę i Spartana do jednego z drzew, okalających polankę. Na początku czułam się dość nieswojo. Nagle Ian zapytał:
-Coni, jak myślisz, skąd Sharon ma tyle satysfakcji z ranienia innych?
-Nie wiem. To jest u niej rodzinne. A tobie coś zrobiła?
-Taaa... W przedszkolu. Strasznie się w niej zakochałem. Narysowałem dla niej laurkę i w ogóle. A ona tymczasem, cały czas podkładała mi nogę i podlizywała się takiemu Bobowi. Nie wiesz jak mi było wtedy smutno- widząc, że kiwam głową, zakrywając usta, żeby się nie roześmiać, on również wybuchł śmiechem.
-Ja miałam dokładnie tak samo, tylko, że zakochałam się w takim Colinie. Robiłam to co ty, a on robił to, co Sharon. Ale nie podlizywał się chłopakowi, tylko takiej Caroline- powiedziałam i znów wybuchliśmy śmiechem. Zaczęło się ściemniać. Ian wziął mnie za rękę. Nasze spojrzenia spotkały się. Zaczął kropić deszcz.
-Coni, muszę ci coś powiedzieć. Właściwie po to cię tu przyprowadziłem. Ja... muszę wyjechać. I już chyba nie wrócę- powiedział i spuścił głowę.
-Co? Jak to? Żartujesz? To żart, tak?- nie mogłam uwierzyć w to, co powiedział.
-To nie żart. Mój tata dostał pracę w Denver. Musimy wyjechać. Ja, mama, tata i moja siostra: Katie.
-Nie- szepnęłam. Oczy mi się zaszkliły. On nie może się dowiedzieć, że go kocham.
-Coni, nie przejmuj się. Kocham cię. Wiem, że ty też mnie kochasz- już miałam coś powiedzieć, ale on otarł łzę z mojego policzka, zbliżył się i mnie pocałował. Ostatnie promyki zachodzącego słońca oświetlały nas: całujących się w deszczu chłopaka i dziewczynę, którzy są parą, ale nie szczęśliwą.
Wodospad na naszej polanie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz