sobota, 1 lutego 2014

"Tajemniczy pamiętnik dziadka"-Melanie

Miałam dziś ciężką, 'urywaną' noc. Nie mogłam spać, po prostu mi się nie chciało i już. Ledwo na horyzoncie pojawiło się słońce, a ja już prawie ubrana. Taka przymulona  uszykowałam sobie kanapki. Szybko je zjadłam i wymknęłam się cicho do stajni. Jak zawsze przywitało mnie rżenie koni.
~Tylko żeby nikogo nie obudziły~pomyślałam~tak by było lepiej.
-Co ja tu w ogóle mam do roboty, o tak wczesnej porze...-mówiłam jakby do koni.
Zaczęłam już przygotowywać na później porcje paszy dla koni. Ogarnęłam nieporządek w siodlarni, który był już tam praktycznie codziennością. Podczas sprzątania zauważyłam coś ciekawego. Była to bardzo stara, mocno zakurzona książka. Wzięłam ją do rąk, zdmuchnęłam wierzchnią warstwę kurzu, po czym zaczęłam się dusić. Oczyściłam przedmiot jeszcze raz dłońmi. Brudną rękę, jak zawsze, otarłam o bryczesy. Dopiero teraz zauważyłam, że książka jest ciemnozielona. Na książce ukazał mi się ozdobny napis "Pamiętnik Edwarda Clevleen'a".
-Prze.. Przecież to mój zmarły dziadek!-krzyknęłam niedowierzając, po czym odwróciłam się, sprawdzając, czy nikt tego nie słyszał-co on miał wspólnego z tą stajnią?
Delikatnie otworzyłam pamiętnik w obawie przed jego rozpadnięciem. Strony były pożółkłe, niektóre również wyrwane, lub posklejane. Na pierwszej stronie czarnym atramentem była napisana, pochyłym pismem, data: 1.02.1964r. A dalej notatka:
Dziś zmarł nasz ukochany pierwszy koń, który pojawił się w stadninie-Tora, siwa klacz szlachetnej półkrwi. Wszyscy jesteśmy pogrążeni w smutku, nie jesteśmy w stanie normalnie wykonać codziennych czynności. Miejsce pochówku-na ulubionym skrawku padoku Tory, przy stawie. Na pamiątkę zasadziliśmy tam dąb.
*************
~Nigdy nie pomyślałabym, że ten dąb może coś znaczyć, że to nie jest drzewo, które ot tak, tam wyrosło.~pomyślałam.
-Cześć Melanie! Co ty tu robisz?-głos wyrwał mnie z zamyślenia.
Szybko zamknęłam pamiętnik i rzuciłam go w kąt, po czym odwróciłam się. W moją stronę szedł właśnie Harry.
-Co robisz tu tak wcześnie?-powtórzył pytanie chłopak, myśląc, że może go nie usłyszałam.
-A, jakoś tak, spać nie mogłam.
-Oj, biedna ty-zaśmiał się lekko.
-Uszykowałam już poranną porcję paszy dla koni. Dzisiaj będzie może trochę mniej roboty.-zmieniłam trochę temat.
-Super! To może...
-Ale, dzisiaj Caroline przyjeżdża.-przerwałam Harremu.
-A, no tak... Ale chyba długo nie będzie tu siedziała?-w głosie Hazzy było można usłyszeć, że ma jakieś plany.
-Tego nie wiem, lecz mam nadzieję, że nie długo, bo nikomu to się nie uśmiecha. A co... Masz jakieś plany?-zapytałam z ciekawością.
-No, tak. Moglibyśmy się wybrać na przejażdżkę pod wieczór.
-Bardzo chętnie przy okazji zrobimy mały trening Lurissie i Torresowi-uśmiechnęłam się.-chodź. Damy już koniom 'śniadanie', chyba nie mogą się doczekać.
Kończyliśmy rozdawać porcje paszy, kiedy usłyszeliśmy wołanie mojej mamy.
-Chodźcie na śniadanie!-wołała z małego tarasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz