czwartek, 9 stycznia 2014

"Wypadek, pomoc"-Meanie

-Do zobaczenia!-zawołałam Isabelle już ruszając.
Galopowałam leśnymi i polnymi ścieżkami, przeskakiwałam rowy, powalone drzewa. Późno popołudniowe, wiosenne słońce miło ogrzewało moje ramiona oraz twarz, a wiatr szumiał pomiędzy kosmykami moich włosów. Było cudownie, lecz jeszcze nie wiedziałam co się niedługo wydarzy...
Przejeżdzałam właśnie ścieżką, z której widziałam naszą stadninę. Na środku padoku dostrzegłam Harrego-mojego przyjaciela, który pracuje wraz ze mną przy koniach. Teraz zajmował się Redem-koniem rasy Hanowerskiej stosując metodę Join-Up. Chłopak zamachał do mnie. Ja zamachałam do niego.
W trzcinie zaczęła szeleszczeć siatka, którą najwidoczniej wyrzucił jakiś przechodzień. Szkoda, że nie spodziewał się konsekwencji... Lurissa odskoczyła w bok; jeszcze się utrzymałam. Lecz następnie stanęła dęba i zaczęła galopować. Spadłam. Nagle zobaczyłam galopującą przed siebie Lurissę. Nie mogłam nic zrobić. Wstawaniu towarzyszył ból piszczeli, który natychmiast ściągał mnie spowrotem na ziemię. Ta chwila była dla mnie wiecznością. Po kilku strasznych chwilach zauważyłam Harrego, który biegnie w moją stronę.
Przerwał zajęcia z koniem, przywiązał go do płotu. Najwyraźniej dostrzegł biegnącą Lurkę beze mnie na grzbiecie i domyślił się o co chodzi. Chłopak objął mnie ramieniem i jakoś dokuśykałam do domu. Całe szczęście nikogo nie było w domu. Nie chciałam przecież, żeby zabronili mi wybierać się na takie przejażdżki.
-Co ci się stało?-zapytał Harry.
-Lurissa panicznie przestraszyła się siatki, która tkwiła w trzcinie; nie mogłam jej uspokoić.-odpowiedziałam ze łzami w oczach.-Strasznie się o nią martwię-dodałam.
-Nie martw się, chcesz herbaty?
-Nie, dzięki.
-Pójdę poszukać Lurissę.-powiedział.
Zostałam sama. Siedziałam na kanapie. Wpatrywałam się w okno, wsłuchując się w ciszę pustego domu. Tylko co jakiś czas przerywało ją tykanie zegarka i rżenie koni domagających się o wieczorną porcję paszy. Po 10 minutach dostrzegłam nadchodzącego z horyzontu Harrego z moim koniem. Odwiązał Reda stojącego przy płocie i na kolejne 10 minut z dwoma koniami znikł w murach stajni. Wreszcie do mnie wrócił.
-Ja... Ja nie wiem, jak ci dziękować-zaczęłam.
-Spoko, wiesz, że jestem zawsze do usług-chłopak odparł, po czym uśmiechnął się; na jego polikach pojawiły się dołeczki.
-Gdzie była?
-Jakieś 100 metrów dalej jadła trawę na polu. Widać było, że jest troche wystraszona, ale za chwilę odpocznie i dojdzie do siebie.
Gdy dopijaliśmy herabatę do końca-taak, jednak ją zrobił, nie protestowałam ;)-patrząc na swój srebrny zegarek powiedział:
-Zaraz muszę iść. Konie nie dostały jeszcze paszy; zasiedziałem się. Ale nie chcę cię zostawiać tu samej, chyba będę musiał poczekać aż wróci Isabelle.
-Ja pójdę z tobą.
-Ale przecież boli cię noga... Odpocznij...
-Nie, już nie boli.-skłamałam.-Nie będę się zwalniać z powodu takiej drobnostki od obowiązku.
-Skoro chcesz... Będzie mi się milej pracować...
-Oczywiście-odparłam powoli wstając. Czułam jak oblewa mnie rumieniec, więc starałam się ukryć twarz w moich ciemno-blond włosach.
Isabelle zdążyła wrócić z zakupów.
-Hejka, gdzie idziecie? Pomóc wam?
-Nie, nie trzeba tylko idziemy dać koniom kolację.-powiedziałam.
-Ok, to w takim razie ja przygotuję nam kolację.
Weszliśmy do stajni. Konie przywitały nas radosnym rżeniem. Było słychać stukoty kopyt niektórych głodnych koni. Weszłam na chwilę do Lurissy, chwilę okrężnymi ruchami pomasowałam jej łeb, aby wybaczyła mi za dzisiaj. Ona trąciła mnie w ramię i prychnęła. Zaśmiałam się, poklepałam Lurissę i wyszłam. Gdy wszystkie konie dostały już paszę, dołączyliśmy do Isabelle i dokończyliśmy kolację. Wtedy przyjechała moja mama.
-Cześć wam. Jak wam minął dzień?
-Dobrze-odparliśmy razem.
Mama dołączyła się do kolacji, razem zjedliśmy tosty z serem i szynką, oraz parę innych rzeczy. Rozmawialiśmy jeszcze długo. Śmialiśmy się i przedyskutowaliśmy, jak co wieczór, jak idą sprawy dotyczące koni. Dzisiejsze wrażenia zachowałam dla ciebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz