Obudziły mnie promienie słońca prześwitujące przez zasłony. Zasłoniłam głowę poduszką.
-Jeszcze 5 minut...-mruknęłam. Usłyszałam kroki. Nagle coś na mnie wskoczyło.
-Wstawaj!-ryknął mi do ucha mój młodszy brat, Jasper.
-Zejdź ze mnie kurduplu!-zrzuciłam go z łóżka, wzięłam to małe coś za koszulkę, przełożyłam na korytarz i zatrzasnęłam drzwi. Spojrzałam na zegarek. Miałam pół godziny na przyjście do stadniny. Zagryzłam wargę i podeszłam do szafy. Otworzyłam ją i wyjęłam stamtąd dżinsy, czarną koszulkę i dżinsową kurtkę. Włożyłam to w pośpiechu, uczesałam włosy i wyszłam z domu. Wsiadłam na rower. Zapowiadała się ładna pogoda. Dojechałam do stadniny 5 minut przed czasem.
-No proszę. Gwiazdka się dzisiaj nie spóźnia. Chyba nowy rekord.-powiedział Chris, przy okazji opierając się o ścianę.
-Ja też tęskniłam.-uśmiechnęłam się złośliwie. Podeszłam w jego stronę i popchnęłam go w kałużę błota.
-Bardzo zabawne.-wydusił.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.-weszłam do stajni. Zaczęłam szukać boksu Martin'a. Zawsze nie mogę zapamiętać gdzie on jest.
~Czeeeeść.~Martin zaczął kiwać łbem. Podrapałam go pomiędzy uszami.
~Masz marchewkę, prawda? No powiedz, że masz, powiedz nooooooo.~zaczął jęczeć. Wywróciłam oczami.
-Czemu nie jestem zaskoczona...?-wyjęłam marchewkę z wiaderka stojącego przy drzwiczkach boksu.
~ŻARCIE!!!~koń wyrwał mi z ręki przekąskę i zaczął ją żuć. Poklepałam go po pysku i poszłam po ekwipunek. Na chwilę się odwróciłam. Martin właśnie przeciągał wiaderko z marchewkami na drugą stronę drzwiczek.
-Martin! Zostaw to wiadro!-zaczęłam wymachiwać nerwowo rękami. Szybko przyniosłam siodło, derkę, itd. Odstawiłam pojemnik z marchewkami poza zasięgiem szyi Martin'a i zaczęłam go przygotowywać do jazdy. Wyprowadziłam go na ścieżkę. Wsiadłam na niego i zaczęłam wolno prowadzić go przez lasek.
~Czemu mi zabrałaś te marchewki?~zapytał koń z wyrzutem.
-Jak chcesz być chodzącą, futrzastą baryłką, to proszę bardzo.
~Ale ja lubię marchewki.
-Wiesz jak bardzo mnie to obchodzi?
~E... Nie.~trochę przed nami zauważyłam jeszcze kogoś. To była Melanie.
-Mel!-zaczęłam machać ręką w jej stronę. Dziewczyna się odwróciła i zatrzymała Lurissę.
-O. Cześć.-powiedziała.
-Uprzedzę pytanie: Tak, nie spóźniłam się.-westchnęłam.
-Skąd wiedziałaś że o to mi chodzi?-zaśmiała się.
-A tak zgadywałam.
~ŻARCIE! WIDZĘ ŻARCIE!~Martin zaczął szybko biec w stronę pola. Szarpnęłam za wodze, po części dlatego, że chciałam go zatrzymać, a po części dlatego, że to była jedyna rzecz, której mogłam się chwycić, żeby nie spaść.
<Mel? Co się działo dalej?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz